Szukaj na tym blogu

14 lipca 2026

Anioł w białym garniturze

        8. A potem serce


        Siadam naprzeciwko.
        Ona podnosi wzrok. Uśmiecha się lekko, tym swoim półuśmiechem, który zawsze oznaczał „może” i „zobaczymy”.
        – No nareszcie – mówi cicho. – Myślałam, że będziesz tak stał do zamknięcia stołówki.
        – Chciałem zrobić efektowne wejście – odpowiadam i staram się, żeby głos brzmiał pewnie. – Ale nogi miały inne plany.
        Śmieje się krótko. Ten śmiech jest taki sam. Cichy, intymny, jakby przeznaczony tylko dla jednej osoby. Dla mnie.
        Patrzę na nią i znowu uderza mnie, jaka jest młoda. Dwudziestu sześć lat. Skóra gładka, prawie dziecięca, policzki jeszcze lekko pulchne, usta miękkie, niepocałowane przez zbyt wiele rozczarowań. Przy mnie wygląda niewinnie. Jakby czas jeszcze jej nie dotknął. Jakby nie wiedziała, co to znaczy budzić się w środku nocy z mokrą poduszką i przeklinać własne serce.
        A jednak to dorosła kobieta.
        Kobieta, w której się zakochałem. Którą straciłem. Którą teraz mogę odzyskać.
        Niesamowite, jak bardzo przypomina Dorotę. Naszą Dorotę, która w tym świecie jeszcze nie istnieje. Kiedy podchodzę bliżej, pierwsze wrażenie pęka. To nie jest kopia jeden do jednego. Ela ma oczy błękitne jak letnie niebo po burzy – te oczy, w których kiedyś tonąłem. Dorotka dostała moje – piwne, czasem brązowe w zależności od światła.         Inna wersja. Inny odcień. Inna historia.
        Ale podobieństwo jest wystarczające, żeby serce się ścisnęło.
        Przez chwilę stoję jak wryty, z talerzem w rękach, i czuję, jak grunt usuwa mi się spod nóg. Czy dam radę? Serio, Kacper, czy ty w ogóle dasz sobie z tym radę? Już teraz gubię wątek, a to dopiero pierwsze pięć minut tej chorej, pięknej gry w Boga. Myśli krążą obsesyjnie wokół Doroty. Naszej Doroty. Tej, która w tamtym życiu przyszła na świat z genetycznym wyrokiem wpisanym w krew. Schizofrenia. Słowo, które przez lata brzmiało jak wyrok śmierci na całą naszą trójkę.
        Czy naprawdę chciałbym, żeby się urodziła znowu? W tej wersji „B”? Z tą samą chorobą, z tymi samymi nocami, kiedy krzyczała, że ktoś ją goni po ścianach, z tymi samymi lekami, które zamieniały ją w cień samej siebie? Boże, nie. Nie chciałbym. Nasze geny w tamtym życiu zadecydowały o wszystkim – o jej delikatnej, kruchej psychice, o tym, że w wieku siedemnastu lat zaczęła słyszeć głosy, których ja nigdy nie słyszałem. Ale teraz wiem. Wiem, że geny to nie wyrok. To tylko jeden z czynników. Środowisko, stres, trauma, miłość albo jej brak – to one najczęściej pociągają za spust. Więc jeśli miałbym wybierać… chciałbym, żeby się urodziła. Ale zdrowa. Całkowicie zdrowa. W rodzinie, w której ojciec nie znika na pół roku, matka nie płacze po nocach, a w domu nie ma ciszy cięższej od ołowiu.
        Tylko czy to w ogóle możliwe? Inny czas, inne miejsce, inne poczęcie – może pod gwiazdami nad jeziorem zamiast w ciasnym hotelowym łóżku pachnącym wilgocią i tanim winem. Inne wychowanie. Inny ojciec – ten, który zostaje. Czy choroba mogłaby się nie rozwinąć? Nie wiem. Nikt tego nie wie. I właśnie dlatego teraz przede mną stoi zadanie dużo prostsze i zarazem niewyobrażalnie trudniejsze: muszę ją oczarować. Zrobić wrażenie. Zdobyć jej uwagę, a potem serce. Bo jeśli się nie uda, to wszystko, co wiem o przyszłości, pójdzie w diabły.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zielone jabłuszko

          3. Obok siebie           Zostałem poproszony, bym został ojcem chrzestnym najstarszego z chłopców. Urszula miała być jego matką ch...