3. Rajstopy
Aldona miała włosy czarne jak smoła, długie aż do połowy pleców, gęste i bujne, układające się w miękkie, leniwe fale, które poruszały się przy każdym jej oddechu. Dopiero po dłuższej chwili bezradnego, niemal zwierzęcego gapienia się na nią mój wzrok zsunął się niżej i zarejestrował to, co miała na sobie. Czarna skórzana kurteczka – krótka, dopasowana, z błyszczącymi suwakami i metalowymi nitami – opinała jej tors tak ciasno, że wydawało się, iż za chwilę pęknie na wysokości piersi. Nie miałem pojęcia, skąd ją wytrzasnęła. W domu nigdy jej nie widziałem. A przede wszystkim – po co, na Boga, zakładała coś tak ciężkiego i gorącego w samo południe, gdy termometr na tarasie pokazywał pewnie trzydzieści osiem w cieniu?
Odpowiedź przyszła dopiero później, gdy adrenalina trochę opadła i mózg zaczął łączyć fakty. To nie był przypadek. To nie był kaprys. To była broń. Część precyzyjnie zaplanowanej gry, w której Aldona postanowiła uderzyć mnie tam, gdzie jestem najsłabszy – w wyobraźnię i w krew. Ta dziewczyna, ta niby niewinna kuzynka, ta flirciara o anielskiej buzi i diabelskich oczach, chciała mnie poderwać. Chciała wywrzeć na mnie wrażenie tak silne, żebym już nigdy nie potrafił patrzeć na nią inaczej niż przez pryzmat pożądania. I wybrała sposób, który – musiałem to przyznać – okazał się zabójczo skuteczny.
Ta mama flirciara chciała mnie poderwać, chciała wyżyć na mnie jak największe wrażenie i robiła to sposób, który wydawał jej się najbardziej skuteczny.
Błyszcząca czarna kurtka, śliska niczym lakierowana skóra węża, opinała jej tors z taką precyzją, że każdy oddech zdawał się grozić rozerwaniem zamka. Długi ściągacz przy szyi był zapięty pod samą krtań, jakby chciała ukryć przed światem to, co i tak już dawno zdradziły jej oczy i ten diabelski uśmieszek. Górna część sylwetki wyglądała na wojowniczą, niemal gotową do bitwy – ciemna, surowa, groźna. Ale wszystko poniżej pasa należało do zupełnie innej opowieści.
Dolna połowa jej ciała była manifestem czystej, bezwstydnej prowokacji. Coś, co w pierwszej chwili wziąłem za legginsy, okazało się jednak czymś znacznie bardziej perfidnym – grubszymi, połyskującymi rajstopami, które nie tyle zakrywały, co podkreślały, nie tyle chroniły, co odsłaniały w najbardziej perfidny sposób. Materiał był na tyle gęsty, by nadać nogom jedwabistą, niemal płynną fakturę, a jednocześnie na tyle cienki i zdradziecki, że w miejscach, gdzie barwa słabła, stawał się niemal przezroczysty.
Kolory wirowały na nich jak rozlana farba akwarelowa – zygzaki i fale płynęły od głębokiej, krwistej czerwieni przez wszystkie odcienie różu, malinowego, łososiowego, aż po najdelikatniejszą, niemal pastelową żółć. Całość przypominała zachód słońca widziany przez przyciemniane okulary – gorący, nierealny, hipnotyzujący. Patrzyłem na ten wzór i czułem, jak mózg zaczyna mi się gotować. To nie były zwykłe rajstopy. To był instrument tortur przeznaczony specjalnie dla mnie.
Muszę opisać to dokładnie, choć wiem, że dla kogoś, kto nie stał tam w łazience z kutasem sterczącym jak maszt flagowy, może brzmieć to jak nudna litania. Ale właśnie ten detal – te rajstopy – stał się iskrą, która podpaliła lont. One rozsadziły moją wyobraźnię na strzępy, rozbiły resztki samokontroli, zamieniły mnie z człowieka myślącego w zwierzę kierowane wyłącznie pulsowaniem krwi w podbrzuszu.
Gruby, elastyczny materiał przylegał do jej skóry tak ciasno, że widziałem każdy najdrobniejszy szczegół. Tam, gdzie zygzaki czerwieni przechodziły w jaśniejszy róż, tkanina stawała się niemal przezroczysta – i wtedy odsłaniała się delikatna faktura skóry: drobne zagięcia, ledwo widoczne zmarszczki, mikroskopijne cienie porów. Rajstopy modelowały jej uda i pośladki z bezwzględną precyzją rzeźbiarza – każdy mięsień, każde zaokrąglenie, każda linia napięcia rysowały się pod nimi jak pod folią termokurczliwą.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz